21. mar, 2017

Uzdrowienie sparaliżowanego – wolna interpretacja Ewangelii – coś o nieuprawnionych sądach

Najpierw tekst – Ewangelia według św. Marka 2, 1-12:
„A kiedy ponownie przyszedł do Kafarnaum, dowiedziano się, że jest w domu. I zebrało się wiele ludzi tak, że nawet przy drzwiach nie było już miejsca. A On ich nauczał. I oto przybyli do Niego z paralitykiem, którego niosło czterech [ludzi]. Ponieważ z powodu tłumu nie mogli się do Niego dostać, rozebrali nad Nim dach i przez otwór spuścili nosze, na których leżał sparaliżowany. Widząc ich wiarę, powiedział Jezus do paralityka: Synu, twoje grzechy są ci odpuszczone. Lecz siedziało tam kilku uczonych w Piśmie, którzy myśleli sobie w duchu: Jakim prawem On to mówi? Przecież to bluźnierstwo! Któż może odpuszczać grzechy prócz jednego tylko Boga? A Jezus, rozpoznawszy natychmiast w duchu, że właśnie tak myśleli, powiedział do nich: Czemuż to poddajecie się takim myślom? Cóż jest łatwiej zrobić: Powiedzieć paralitykowi: Twoje grzechy są ci odpuszczone, czy też rozkazać, aby wstał, zabrał swoje łoże i poszedł? Wiedzcie, że Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów! I rzekł wtedy do paralityka: Rozkazuję ci: Wstań, weź swoje nosze i idź do domu! A on wstał, natychmiast wziął swoje nosze i w obecności wszystkich wyszedł tak, że byli bardzo zdumieni i wielbiąc Boga mówili: Nigdy nie widzieliśmy czegoś podobnego.”

 

A teraz dorobiona fabuła:
Dwóch chłopców, braci, bawi się nad brzegiem jeziora. Starszy, który przez lata był wzorem i mentorem dla młodszego i rządził bratem nierzadko poniżając go, zaczyna napotykać coraz większy opór młodszego. Między braćmi coraz częściej dochodziło do kłótni. Jeśli nie bili się to tylko dlatego, że młodszy nie raz już odczuł twardą rękę brata. Nie miał szans na pokonanie go, ale rósł w nim bunt, a nawet nieuświadomiona nienawiść.

Któregoś dnia, poszli w mniej znane im miejsce. Nie było tam kąpieliska, brzeg był zarośnięty turzycami i trawami, jakie zwykle rosną na bagnach. Tuż nad samą wodą rósł wysoki krzew o prostych pędach doskonałych do zrobienia łuku. Starszy brat wysyła młodszego, by ułamał i przyniósł kilka takich pędów to zrobi z nich łuki. Młodszy stawia się: „Nie pójdę”. Starszy, po wymierzeniu mu klapsa, stwierdza: „Dobrze, poradzę sobie sam”. Idzie w kierunku brzegu i oto grunt zaczyna się pod nim zapadać, tonie. „Podaj mi rękę” – woła. „Mówiłeś, że sam sobie poradzisz ” – odpowiada młodszy, jeszcze pełen gniewu. Nie bardzo zdawał sobie jednak sprawę z powagi sytuacji. Wołanie o pomoc powoli ucichło. Bagno wciągnęło brata, a młodszy dopiero teraz się przeraził. Pobiegł do domu, zawiadamiając rodziców, że jego starszy brat gdzieś zniknął w okolicach jeziora. Swoją rolę skrzętnie w tym ukrył, nie chcąc przyznać się do tego, jak bardzo był zły na brata, jaką nienawiść do niego żywił.

Mijały lata. Rodzina długo nie mogła się pogodzić ze stratą. Żałowali zmarłego, płacząc i wspominając go wyłącznie dobrze. Nasz bohater również, żałował, że tak się stało. Poczucie winy, że nic nie zrobił, aby go ratować, a potem to przemilczał, przygnębiało go coraz bardziej. Bywało ono tym większe im częściej rozmawiano w domu na ten temat, pytając go jak to się stało, zaś on stale ukrywał prawdę mówiąc, że nic nie widział. Z czasem, poczucie winy przybrało tak na sile, że w nieuświadomiony sposób zaczął domagać się dla siebie kary. I oto stało się: któregoś dnia w pracy spadł wysokości uszkadzając sobie kręgosłup. Został sparaliżowany.

Znowu mijały lata. Cały czas leżał nie mogąc ruszyć kończynami. O jego starszym bracie coraz mniej mówiono, bo oto on teraz wymagał opieki. Sam przeżywał teraz długie okresy samotności, miał dużo czasu do przemyśleń. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek będzie wolny od poczucia winy z powodu tamtego wydarzenia. Choć sam cierpiał, nie skarżył się. Czuł, jakby ten paraliż mu się należał, a mimo to nie spadł mu kamień z serca. Od wielu lat był już dorosły, a te wydarzenia z dzieciństwa stale w nim ożywały. Uczono go, że grzech wymaga kary, ale kara, jaką ponosi nie wymazuje mu jego winy. Czy kiedykolwiek Bóg mu przebaczy?
Któregoś dnia, pewien znajomy doniósł mu o wędrownym nauczycielu, głoszącym zupełnie nową, nieznaną wcześniej naukę, o miłości Boga, o przebaczeniu grzechów. Zaszokowało go to. Dotąd znał Boga, jako sędziego, sprawiedliwego, ale jednak sędziego, który za zło karze. Czyżby to nie było wszystko, co powinien wiedzieć o Bogu?

„Muszę się spotkać z tym nauczycielem. Muszę się dowiedzieć jak to jest z tym przebaczeniem. Zanieście mnie od niego” – prosił swych przyjaciół. Jego determinacja przekonała ich. Wezmą nosze i przecisną się przez tłum by dotrzeć do samego Jezusa. Niech posłucha tej nauki, niech doświadczy Życia płynącego z tych słów.

Nasz paralityk wkrótce po podjęciu decyzji o udaniu się do Nauczyciela, zaczyna przygotowywać się do tego spotkania. Jakiś wewnętrzny głos upewnia go, że Bóg musi jakoś przebaczać ludzkie winy, gdyż inaczej ludzkość – która od początku istnienia nagromadziła tyle zła wokół siebie – jeśli nie zostałaby przez Świętego Boga zniszczona, to przynajmniej On by się od niej odsunął, aby na to nie patrzeć. A co by było gdyby Bóg się odsunął? Takie myśli chodziły mu po głowie, od czasu do czasu przerywane wątpliwościami, że jego grzech jest wybaczalny. Jak jest naprawdę?

Nadszedł wreszcie dzień, kiedy Jezus był w pobliżu. Czterej przyjaciele, którzy od dawna patrzeli ze współczuciem na cierpienie paralityka, wzięli go na nosze i zanieśli do Kafarnaum, do domu, w którym Jezus przebywał i nauczał. Już z daleka widać było tłumy tak gęste (wszyscy chcieli być jak najbliżej by coś usłyszeć), że zniechęcało ich to do całego przedsięwzięcia. Nie poddali się jednak. Któryś z nich zauważył, że można by przecież rozebrać cześć dachu i wprowadzić paralityka od góry. Tak też zrobili.

Jezus, kiedy zobaczył sparaliżowanego, jego wewnętrzne rozterki i determinację jego przyjaciół by mu pomóc, natychmiast poznał, co było przyczyną jego choroby. Powiedział: „Odpuszczone są twoje grzechy” A nie były to puste słowa, ale słowa „moc mające”. Paralityk natychmiast odczuł wielką i rozumiejącą miłość Boga, wróciły mu wspomnienia, kiedy był poniżany przez starszego brata, ale teraz już się nie gniewał, bo był przy nim pełen miłości Ojciec, który sprawiał, że nie bolało nic z tego, co brat robił, zaś samemu bratu też już niczego nie miał za złe, bo przecież też był małym chłopcem, który wcale nie chciał czynić krzywdy bratu i często potem żałował swojego zachowania. Wyrozumiałość Boża, która przez Jezusa udzieliła się paralitykowi rozciągnęła się na wszystkich obecnych ludzi. Bóg nie musi przebaczać, bo rozumie i On nie zlicza naszych grzechów. To my ludzie musimy nauczyć się przebaczać. Paralityk, po raz pierwszy, od wielu lat poczuł się bardzo lekko. To, co było w nim tak mroczne, że aż strach było o tym myśleć, teraz stało się jasne.

Jezus, tymczasem odczuł sprzeciw u niektórych spośród obecnych. Ciasne umysły zamknięte były na naukę o Bożym miłosierdziu. Oburzeni, w myślach nazywali Jezusa bluźniercą. Ale Jezus otrzymał wewnętrzną wskazówkę jak ich pouczyć – przekonać. „Tak, człowiek może przebaczać grzechy (których Bóg w ogóle za grzechy nie poczytuje). A żebyście byli pewni, że tak jest, to proszę, może to wam pomoże: Wstań i odejdź”. I paralityk wypełniony miłością i wdzięcznością do Boga za Jego łaskę, którą teraz ujrzał, poczuł siłę w ciele, czucie w kończynach. Wstał lekko chwiejąc się i zaczął chodzić tak, że widać było, iż od dawna tego nie robił. Na widok tego wielu zupełnie oniemiało.

A Bóg lubi upiec kilka pieczeni przy jednym ogniu: uzdrowienie i nauka głębsza dla jednych, zdumienie i szok dla nieprzygotowanych. I wiele pośrednich rzeczy, tyle, ile umysłów – dusz tam było. 

Tyle mojego opowiadania. Dlaczego to napisałem?
Kilka tygodni temu zauważyłem doniesienie w telewizji publicznej (rządowej) o procesie znachora spod Nowego Sącza. Skazano go w zamkniętym dla publiczności procesie za terapię półrocznego dziecka, które w wyniku tego zmarło. Podobno zalecał karmienie rozcieńczonym kozim mlekiem, wskutek czego dziecko zmarło z niedożywienia. Doniesienie telewizyjne było bardzo nieobiektywne. Dopuszczono do głosu jedną stronę i nie pozostawiono na wspomnianym terapeucie suchej nitki. Dostał trzy lata więzienia, ale po tej relacji wydawałoby się, że i dożywocie byłoby za łagodne. Zdziwiło mnie, że proces był utajniony. Czego się obawiano? Próbowałem znaleźć coś na ten temat w Internecie, ale było trudno znaleźć jakieś racje drugiej strony konfliktu. Niemniej jednak znalazłem kilka komentarzy broniących znachora, a w nich informację, że półroczna Madzia cierpiała na chorobę, na którą nie było w oficjalnej medycynie skutecznej terapii, dlatego rodzice zwrócili się do znachora. Ich młodsza córka, leczona przez lekarzy, też zmarła (już po Madzi). Cierpiała na tę samą chorobę. Ale w tym wypadku nie było procesu, osądów. Tu, o dziwo, wszystko było dobrze. Czy można się dziwić, że rodzice chwytali się wszystkiego, jak tonący brzytwy, by ratować dziecko? Czy nieudana terapia znachora musi z góry potwierdzać jego złą wolę? Dlaczego proces utajniono, a telewizja podała relację jednej tylko strony – jako „jedynie słuszną”?

Oczywiście nie wiem, czy przytaczane przeze mnie komentarze są słuszne, podobnie jak wcześniej podana interpretacja ewangelii. Ale to, że nie wiemy czegoś dokładnie, powinno powstrzymywać nas od osądów. Taki osąd zamyka umysł, który już nie chce przyjąć niczego innego. A to jest celem różnej maści manipulatorów. Nie dajmy się zaszufladkować!

 

Tadeusz Wołoszyn

2017-03-11

 

Ilustracja: Deon